Moja droga w samoleczeniu

Wygląd

Jeszcze parę lat temu na wiosnę zaczęłabym panikować, że znowu nie uda mi się zrobić formy na lato. Otaczające nas społeczeństwo w dużej mierze ocenia ludzi przez pryzmat wyglądu, więc nic dziwnego, że i ja chciałam wyglądać atrakcyjnie. Niestety było to zwykle błędne koło: restrykcyjna dieta przez parę tygodni, potem załamanie, powrót do wagi i postanowienia, że „za rok na pewno się uda”. A jak jest teraz?

Przede wszystkim mam to gdzieś1). Mój wygląd to moja sprawa. Mogę mieć zielone włosy, kolczyki, tatuaże. Mogę być chuda, gruba, wysoka, niska, owłosiona, łysa. Mogę się ubierać modnie, niemodnie, skromnie, czy na bogato. Wygląd jest sprawą indywidualną, dopóki nie wyrządza innym krzywdy. Bądźmy jednak szczerzy - trzeba by się naprawdę postarać, aby swoim wyglądem komuś ją sprawić. Postanowiłam, że będę sobą cały rok.

Ponadto, gdy zamierzamy „wziąć się za siebie” to lepiej obrać za cel coś dużo ważniejszego niż wygląd, a mianowicie zdrowie. Odpowiednie odżywianie, aktywność fizyczna czy sen służą przede wszystkim zdrowiu i dobremu samopoczuciu, a wygląd jest jedynie ich pochodną. Na zdrowiu też łatwiej się skupić przez cały rok, podczas gdy o wyglądzie myślimy jedynie od okazji do okazji.

Akceptacja siebie jest kluczowa do tego, aby wprowadzać prozdrowotne zmiany. Pozwala na spojrzenie z dystansem na swoje życie, docenienie w nim tego co jest wartościowe i warte zachowania. Daje odwagi, aby wejrzeć w te obszary, które wymagają zmiany. Podpowiada, które nawyki zmienić i jaka będzie ku temu najlepsza droga. Redukuje wstyd i poczucie winy, Akceptacja siebie w dyskomforcie pomaga przetrwać trudne chwile.

1)kulturalnie pisząc. Możecie zamiast „gdzieś” podstawić też szereg innych słów i prawdopodobnie będą bliższe prawdy, gdzie mam to, że ktoś pomyśli źle o moim wyglądzie.

Zmiany nawyków

„Zapomniał wół jak cielęciem był” – mam ochotę zawołać, gdy myślę o drodze, którą przeszłam w zakresie zmian w stylu życia.

Zapomniałam o tym, że jadłam oglądając telewizję. Żeby to chociaż były jabłka albo marchew, ale oczywiście, że były to czipsy, popcorn albo frytki. Jedzenie podczas oglądania telewizji zwiększa ilość zjadanych kalorii o 5 do 15%! niby się wydaje, że „wtedy lepiej smakuje”, ale tak naprawdę jemy nieuważnie i zwykle orientujemy się, że zjedliśmy całą paczkę jak już widać dno.

Zapomniałam o tym, ile siedziałam. Nie oszukujmy się, nadal jak mam gorszy dzień to siedzę albo leżę i zamawiam pizzę, ale na co dzień jestem obecnie bardziej aktywna niż wcześniej. Parkowanie dalej od domu weszło mi w nawyk. Gdy tylko się da wyciągam rower. Z uśmiechem idę na trening. Zaczęłam nawet biegać! 🤯 Zauważyłam, że teraz moje ciało samo rwie się do ruchu, gdy jest za długo unieruchomione.

Zapomniałam o tym, że kiedyś kupowałam słodycze lub słone przekąski na zapas. Okazuje się, że ta ochota na przekąski zwykle jest tym silniejsza, im bliżej się znajdują – w rezultacie zawsze jak je kupiłam to je zjadałam jeszcze tego samego dnia. A teraz? Nie kupuję, nie kuszą, nie jem. Gdy czasami najdzie mnie silna ochota, to zrobię sobie dodatkowy spacer do sklepu.

Łatwo się zapomina o wcześniejszych złych nawykach, oraz o tym, ile sił potrzeba było na to, aby je zmienić. Wymagało to wielu prób, testowania strategii i podnoszenia się po kolejnych „porażkach”. Najgorsze jest, że tą drogę każdy z nas musi przejść sam. Nie wystarczy, że ktoś nam powie jak zdrowiej żyć – musimy sami tego doświadczyć.

Dezinformacja

Na drodze do wdrażania zdrowego stylu życia czają się różne przeszkody. Jedną z nich jest dezinformacja. Nie będę jednak się rozpisywać jak teraz działa dezinformacja w sieci, i to jeszcze w czasach sztucznej inteligencji, ale chciałam Wam opisać moje doświadczenie z przeszłości dotyczące aktywności fizycznej.

Pierwszy raz dezinformacja stanęła na mojej drodze do zdrowego stylu życia już w gimnazjum. Wtedy to na lekcjach biologii dowiedziałam się, że żeby spalić tkankę tłuszczową potrzeba wielu godzin wysiłku fizycznego, bo najpierw spala się glukoza z krwi, potem glikogen z mięśni, następnie z wątroby, i dopiero wtedy spala się tkanka tłuszczowa. Jest to oczywista nieprawda, te procesy dzieją się równolegle (chociaż na różnych etapach w różnym tempie), a deficyt energetyczny skutecznie redukuje masę ciała, w tym tkankę tłuszczową. Niemniej oto przez lekcje biologii zniechęciłam się do wysiłku fizycznego, bo przecież nie dam rady tyle godzin ćwiczyć 😉

Drugim ważnym mitem jest ten o tym, że zalecany jest głównie trening aerobowy, tlenowy, tzw. “cardio”. Nie wiem czy to był spisek firm produkujących bieżnie, ale przez długi czas wierzyłam, że trening siłowy nie jest wskazany - rosną od tego wąsy, ma się brzydką, “męską” sylwetkę, a do tego można nabawić się nadciśnienia czy cukrzycy. To wszystko to nieprawda, a teraz mamy dowody na to, że prawidłowa masa mięśniowa zwiększa podstawową przemianę materii, redukuje insulinooporność, wpływa pozytywnie na masę kostną oraz na zaburzenia poznawcze w chorobach otępiennych. Na dodatek mięśnie ładnie modelują sylwetkę.

Kolejną poważną nieprawdą jest to, że istnieje jakiś zestaw “właściwych” ćwiczeń, które należy wykonywać w konkretny sposób. No nie, ruszać się można w najróżniejszy sposób i nie wymaga to zatrudnienia instruktora. Czasami warto, jeżeli ktoś chce osiągnąć konkretne cele (np. nauczyć się dobrze tańczyć), ale nie jest to konieczne. Przez lata bałam się podejmować aktywności, że zrobię coś w niewłaściwy sposób. W końcu ktoś kiedyś nawet skrytykował sposób w który biegam. Teraz wiem, że technika przychodzi z czasem i to wtedy, kiedy jest potrzebna, a na początku lepiej się skupić, żeby w ogóle coś robić.

Parkowanie

Moi bliscy mogą potwierdzić, że umiem się naprawdę zdenerwować. Jednym z wydarzeń, które zdecydowanie wytrąciły mnie z równowagi, była akcja wystawiania mandatów na moim osiedlu. Denerwuje mnie, gdy ktoś staje autem przed przejściem, na skrzyżowaniu albo zastawia chodnik, ale bez przesady. Wiemy jak jest, miejsc parkingowych jest zawsze za mało, więc czasami ktoś stanie na miejscu „kontrowersyjnym” – zakazanym, ale tak naprawdę mało komu zawadzającym. Akcja wystawiania mandatów obejmowała właśnie taki typ miejsc, więc się zdenerwowałam. Mi się upiekło, ale sąsiadom nie.

Z perspektywy czasu oceniam moje zdenerwowanie na głupie. Zostawmy sprawę zasadności wystawiania mandatów innym. Moje emocje były niepotrzebne z dwóch powodów. Po pierwsze: nie miałam na to wpływu, a więc szkoda nerwów. Tylko zafundowałam sobie wyrzut kortyzolu, a wraz z nim gorszy sen i zwiększone łaknienie. A po drugie… co mnie tak naprawdę zdenerwowało? To, że ktoś będzie musiał opłacić mandat to jedno, ale głównie w głowie miałam obawę przed pogorszeniem sytuacji z parkowaniem. Tylko, że to wcale nie okazało się być problemem.

Owszem, od tamtej pory prawie nigdy nie udaje mi się stanąć pod blokiem. Nierzadko muszę przejść kilkaset metrów od auta do domu. Tylko, że to już mi nie przeszkadza. Odkąd zdałam sobie sprawę z wagi znaczenia spontanicznej aktywności fizycznej (NEAT) brak miejsc parkingowych w pobliżu stał się okazją, aby się przejść. Łatwiej jest mi też wybrać rower jako środek komunikacji niezależnie od pogody.

Obecnie często specjalnie parkuję nieco dalej. Jednego dnia zrobiłam dzięki temu mimochodem 5 tys kroków! Gdybym chciała zrobić ten dystans na raz, musiałabym poświęcić na to ok 40 minut, zaplanować spacer, itd. Dzięki drobnym, małym dystansom i wchodzeniu po schodach byłam aktywna mimo korzystania z samochodu. W ogóle nie odczułam tych kroków.

Pokazuje to siłę spontanicznej, pozatreningowej aktywności fizycznej. Nie trzeba jej specjalnie planować, szykować się do niej ani o niej myśleć. Wystarczy być czujnym i korzystać z okazji. Zaparkować na spokojnie dalej i się przejść. Wejść po schodach. Pobawić się chwilę z dzieckiem, kotem, psem, lub sprawdzić czy nasze roślinki jeszcze żyją. Posprzątać. Popracować w ogródku. Podejść do okna i popatrzeć na świat.