Frajerka
Czytam o tych wszystkich ostatnich aferach w ochronie zdrowia i wiem jedno: to czubek góry lodowej, a moja decyzja aby trzymać się z dala od szpitali była słuszna. Mimo to, wielokrotnie doświadczałam wypalenia zawodowego, głównie z powodu przyczyn systemowych i narastającego poczucia frustracji.
Gdy słyszę o oszustwach kolejnych lekarzy (bo nie ma na to innego słowa) z jednej strony myślę o sobie "jaka ze mnie frajerka", ale z drugiej strony czuję dumę, że mogę spojrzeć sobie w lustro bez wstydu. Frajerka, bo mogłam też zakręcić się to tu, to tam, coś tam nagiąć, coś inaczej zaraportować i też odliczać miliony na koncie. Z resztą byłam już w sytuacji kiedy pracowałam (uczciwie - ale frajerka!) po 250 godzin miesięcznie, pieniądze przyrastały, a ja stawałam się coraz bardziej nieszczęśliwa (oraz niewyspana i mniej skupiona). Mówi z resztą o tym przysłowie "pieniądze szczęścia nie dają" co jest częściową prawdą, tj. pieniądze są ważne, gdy się ich nie ma, a potem zaczynają generować problemy.
Spotykałam lekarzy, którzy dyżurowali tak dużo (uczciwie, ale pytanie co z jakością ich pracy), że stać ich było na najbardziej wypasione fury i domy - ale co z tego, skoro większość czasu spędzali w szpitalu, a poza dyżurami zaczynali wpadać w alkoholizm. W środowisku medyków popularne jest przechwalanie się, kto w jakim hotelu spał na wakacjach albo ile kosztowała kolacja (podsłyszane na licznych stażach i praktykach w szpitalach) - trudno czasem usłyszeć, co zwiedzili lub czego doświadczyli. Na szczęście stworzyłam wokół siebie banieczkę lekarzy, którzy są dobrzy w tym co robią, przeskakujące dolarki nie przyćmiły im mózgu, rozwijają się w wielu kierunkach i można prowadzić z nimi interesujące rozmowy. Tym bardziej więc przeżywam szok z każdą kolejną medialną informacją, która pokazuje skalę nadużyć ze strony innych lekarzy.
Czy wiecie, że zdarzyło mi się stracić pacjentów, bo przyjechałam na wizytę w ramach hospicjum domowego rowerem? Rodzina była zdegustowana, wypisali się. Innej natomiast nie przeszkadzało moje obdrapane Renault Megane (spoczywaj w pokoju) i płacili horrendalną(!) stawkę (która tylko w części wpływała do mnie), żebym do nich przyjeżdżała. Teraz zaszalałam, bo po śmierci Meganki kupiłam nowiusieńką Toyotę Corollę (jeszcze przez 2 lata będę ją spłacać). Samochód ten wzbudza nie tylko zażenowanie u części lekarzy, ale też co bogatszych znajomych, bo jest za "skromny". Ale ja postanowiłam, że nie będę pracować ponad siły po to, aby stać mnie było na auto, na które mnie nie stać (a bądźmy szczerzy - większości społeczeństwa nie stać na nowy samochód). Myśl o tym, że mogłabym oszukiwać, aby wysępić więcej kasy od państwa, nawet nie przyszła mi do głowy (fra-jer-ka).
Nie potrafię też zwiększyć stawki za wizyty prywatne - czuję, że tak jak jest, jest uczciwie (znowu się frajerzę? Znajomi biorą więcej!). Staram się nie mnożyć niepotrzebnie wizyt, pomagam poza godzinami pracy na komunikatorach/przez maila. Większości pacjentów to odpowiada, chociaż znajdą się jednostki, które chciałyby jeszcze bardziej mnie nagiąć - gdyby nie konieczność prowadzenia dokumentacji i profesjonalizmu, pewnie bym się dała. Zaczynam narzekać na nadmiar pacjentów.
Obecny system ochrony zdrowia boryka się z tym, że obecnie wielu dyrektorów placówek stoi przed wyborem: zatrudnić słabego lekarza, albo nie zatrudnić żadnego. Ten tekst brzmi, jakbym chciała uchodzić za wyjątkową, ale takich wyjątkowo-normalnych lekarzy jest bardzo dużo. Zwykle chowamy się w spokojnych przychodniach, albo zaszywamy się w kącie na oddziale, na którym warunki pracy są znośne. Jeździmy na kursy, konferencje, dokształcamy się; często nie mamy już siły i jesteśmy zmęczeni, bo nierzadko jest tak, że mamy podwójną robotę - musimy się zająć pacjentem, który już nie raz odbił się od innego lekarza bez pomocy. Na szczęście coraz głośniej mówi się o konieczności oczyszczenia środowiska oraz powraca temat o ograniczenie czasu pracy do jednego etatu (ok 48 godzin tygodniowo licząc z dyżurami).