Szkocja 2025 - Skye Trail

Myśl o powrocie na Skye tkwiła we mnie od czasu wycieczki z przyjaciółkami parę lat wcześniej. Skye to szkocka wyspa, która zachwyciła mnie swoją przyrodą. Gdy tylko nadarzyła się okazja – bam, nagle w ciągu tygodnia stałam się posiadaczką biletów i planu w głowie. Chciałam przejść nieoficjalny szlak biegnący przez większość wyspy o długości 130 km. Chociaż fora straszyły, że jest trudny i wiele osób rezygnuje, stwierdziłam, że spróbuję. Najwyżej będę się po prostu dobrze bawić.
Przygotowania
W Szkocji jest prawo zezwalające na spędzenie legalnie nocy w dowolnym publicznym miejscu, z pewnymi wyłączeniami jak np. parki narodowe czy prywatne posesje. Wzięłam więc namiot, który rozstawia się na kijku trekkingowym - Lanshan pro 1. Ze względu na wszędobylskie owce i ich odchody zabrałam filtr do wody LifeStraw. Zapakowałam cały komplet odzieży wodoodpornej, w tym wodoodporne skarpety oraz rękawice, a nawet parasol. Postanowiłam nie gotować i bazować na kanapkach oraz owsiankach - inaczej straciłabym cały dzień na poszukiwania paliwa do kuchenki.
Jak zawsze miałam tylko dwa zestawy odzieży: dzienny do chodzenia z bielizną z merino oraz ciepły nocny zestaw do spania. Telefon służył mi jako nawigacja GPS i aparat fotograficzny, dlatego w komplecie zabrałam powerbank. Zarówno kosmetyczka jak i apteczka była symboliczna; cywilizacja na Skye jest zawsze blisko.
Podróż
Toruń --> Wrocław pociągiem, odprawa o 4 rano, a więc nie opłacało się korzystać z noclegu
Wrocław --> Glasgow samolot
Glasgow --> Broadford zdążyłam na poranny autobus :) kupienie biletów wcześniej i to w obie strony pozwala na zaoszczędzenie sporej ilości funtów. Po ponad 7 godzinach jazdy znalazłam się na wyspie Skye.

Dzień 1. – ok 8km
Do Broadford dotarłam po siedemnastej, ale mimo to chciałam zacząć przygodę od razu. Było pochmurnie ale ciepło. Broadford ma około 1200 mieszkańców, własny szpital (o wyglądzie nieco większej przychodni) z lądowiskiem dla helikopterów, camping, stację benzynową i trochę sklepów. Parę namiotów rozbitych było na niewielkim trawniczku tuż przy drodze. Nie wiem, co to za przyjemność. Ja chciałam nocować w jakimś miłym miejscu przy szlaku.
Na początku szłam drogą wśród ogrodzonych pól, ale potem ślad GPS prowadził mnie na teren jednego z nich. Wahałam się - czy na pewno mogę przejść przez furtkę? Na późniejszych etapach wycieczki już się nie zastanawiałam i śmiało przechodziłam przez furtki, bramy, przełazy czy dziury w ogrodzeniu. Okazało się, że to normalny sposób poruszania się pieszo po Szkocji.
Przeszłam przez „Broadford Native Woodland” - obszar, gdzie próbują odbudować oryginalny szkocki las liściasty, co wiązało się z wycięciem istniejącego już lasu sosnowego. Było to dla mnie dziwne i nieco przygnębiające. Zrozumiałam też to zamiłowanie do ogrodzeń - one były po to, aby trzymać owce z daleka, a ja nagle znalazłam się wśród całego ich stada. Wychowana głównie w mieście, mam problem ze zwierzętami. Najbardziej boję się luźno biegających psów bez właściciela. W tym roku patrzyłam z podziwem na rodziców, którzy śmiało przeganiali pasące się luzem krowy (w tym byki) w Czarnogórze. Ja, jak się okazało, boję się nawet owiec. Dla pewności omijałam je dużym łukiem. Barany znacząco zagarniały trawę kopytami.
Wyobrażałam sobie Szkocję jako raj do nocowania „na dziko”, ale teren okazywał się być na przemian nierówny, zarośnięty krzakami, podmokły albo pokryty głazami. Jedyne nadające się fragmenty leżały na prywatnych pastwiskach. Zaczęło się robić coraz później a ja robiłam się coraz bardziej śpiąca. Weszłam na wrzosowiska, które rozciągały się ze wzgórza na wzgórze. Schodziłam w stronę zatoki, a wokół mnie pojawiły się ruiny dawnych zabudowań. Jeszcze w XIX wieku była tu osada Boreraig. W 1853 roku jej mieszkańcy zostali brutalnie wygnani przez lorda MacDonalda, który chciał przeznaczyć te tereny na pastwiska.
Czułam się niepewnie, ale ostatecznie rozbiłam namiot wśród ruin, pod starym drzewem, przy rzece. Ktoś wcześniej palił obok ognisko. Poszłam nad morze i obserwowałam mewy.

Dzień 2. – ok 30 km.
Spałam jak zabita. Nie niepokoiła mnie żadna owca, zbłąkani turyści, ani nawet żądne zemsty duchy mieszkańców. Umyłam się w rzeczce, zjadłam śniadanie i ruszyłam ścieżką prowadzącą dołem klifu. Nabrałam wody z jednego z wodospadów. Nabrzeże było pokryte głazami i kamieniami, więc szłam powoli wzdłuż kolejnych zatok. W końcu ścieżka wyprowadziła mnie na szczyt klifu, minęłam parę współczesnych zabudowań i weszłam na drogę.
Przeszłam przez niewielką miejscowość Torrin, w której znajduje się schronisko młodzieżowe. Kawiarnia była tego dnia zamknięta, ale na fastfood sprzedawany w budce obok nie miałam ochoty. Nad zatoką stało kilka camperów i namiotów. Był właśnie odpływ i widać było całe jej dno.
Weszłam w „las pierwotny”, a następnie we wrzosowiska. Im byłam wyżej, tym teren stawał się bardziej mokry. Miałam zupełnie przemoczone stopy, a jednocześnie wyszło słońce i zrobiło się gorąco. Na szczycie spotkałam pierwszego na mojej drodze hikera. Szedł z naprzeciwka, bez koszulki. Chciałam do niego zagadać, ale czułam się nie na miejscu, jak oszustka która tylko pretenduje do miana wędrowca.
Szkockie krowy uważałam za nieistniejące oszustwo, bo zwiedzając Szkocję 3 lata temu nie spotkałyśmy ani jednej. Teraz jednak natknęłam się na aż dwie. Stały na środku drogi, łypały na mnie spode łba, a jedna z nich znacząco zagarniała trawę kopytem. Owłosione, z niesamowitym porożem, ale trochę zaniedbane. Dalej natknęłam się na inny symbol Zjednoczonego Królestwa: czerwoną budkę telefoniczną. Te na wyspie Skye pełnią jeszcze praktyczne funkcje. Ta służyła za przystanek autobusowy.
Doszłam do miejscowości Elgol. Mimo populacji 150 osób do niedawna funkcjonowała tu szkoła podstawowa. Kawiarnia już się zamknęła. Nie odważyłam się zagadać do hikerów siedzących przed nią, tylko czmychnęłam dalej. Za mną ruszyła trójka Szwajcarów. Wąska ścieżka prowadziła wzdłuż stromego urwiska, a w dole rozbijały się fale. Zrobiło się trochę niebezpiecznie. Po drugiej stronie zatoki majaczyły szczyty gór Cuillin. Ich grań kojarzyła mi się z Mordorem.
Zdecydowałam się na nocleg przy ujściu rzeki Scaladal, gdzie było dużo płaskiego terenu nadającego się pod namiot. Bardzo wiało. Porozmawiałam chwilę ze Szwajcarami, którzy rozbili się niedaleko. Przefiltrowali mi trochę wody z rzeki swoim wypasionym filtrem. Także planowali przejść Skye Trail, ale dawali sobie na to więcej czasu niż ja.

Dzień 3. – ok 32 km
Następnego dnia dość szybko dotarłam do chatki w Camasunary. Składała się z dwóch izb, jednej zastawionej długimi stołami, a drugiej wypełnionej piętrowymi, drewnianymi pryczami. Od pary w środku dowiedziałam się, że poprzedniej nocy spało tu aż około 12 osób. Reszta ruszyła już dalej, ale oni wędrowali po Szkocji już od dwóch tygodni i teraz postanowili zrobić sobie dzień wolny. Nie mieli sprecyzowanego planu.
Szlak prowadził dalej niezwykle malowniczą doliną, między górami Cullin a wzgórzami Red Hills. Minęłam dwa duże górskie jeziora położone wśród wrzosowisk, a następnie szłam wzdłuż rzeki Sligachan. Zachmurzyło się i zaczęło kropić. Spotkałam w końcu więcej osób. Im bliżej Sligachan – miejscowości składającej się z restauracji, hotelu i campingu – tym więcej spotykałam osób. Niektórzy szli szlakiem w odwrotną stronę, a parę osób zmierzało w góry Cullin. Natknęłam się nawet na grupę szkockich skautów objuczonych bagażami. Przy pomniku Colle i Mackenzie, pierwszych przewodników po tych terenach, istne tłumy robiły sobie zdjęcia.
W restauracji zjadłam porządny obiad. Obsługa nie zwracała uwagi na to, że jestem ubłocona i spocona. Dostałam nawet specjalnie miejsce przy gniazdku aby podładować telefon. Było deszczowo, ale mnie coś gnało aby iść dalej. Minęłam więc camping i szłam teraz podmokłym zboczem opadającym do zatoki Sligachan. Ścieżka raz po raz to zanikała w zaroślach, to pojawiała się w innym miejscu. Osoby idące z naprzeciwka mijały mnie alternatywnymi drogami. Wiało i padało.
Następny fragment szlaku był jeszcze gorszy. Dotarłam do miejscowości Peinachorran, sprawiającej wrażenie jakby była położona na końcu świata. Od tej pory aż do Portree – nieoficjalnej stolicy wyspy – miałam iść asfaltem.
Było późno, a ja byłam zmęczona. Po obu stronach drogi stały ogrodzone domy, ogrodzone pola i ogrodzone lasy, a więc nie miałam gdzie się rozbić. Przy zejściu nad morze zebrała się grupka turystów robiąca sobie zdjęcia, poszłam więc dalej mimo zapadającego zmroku. Nadzieję dawało mi to, że wiedziałam, że przed Portree można się rozbić nad rzeką.
Po chwili odkryłam coś dużo gorszego niż deszcz czy wiatr, a mianowicie meszki. To cholerstwo tak cięło, że nie dawałam rady zatrzymać się na dłużej. Czytałam o nich wcześniej, ale zdecydowanie nie doceniłam ich mocy. Żałowałam, że nie zaopatrzyłam się w siatkę na twarz. Za to przestałam bać się owiec. To, że stoją mi na drodze, zaczęło być ich problemem, nie moim.
Przed Portree weszłam na ścieżkę w zaroślach obok rzeki. Nagle jej koniec znalazł się pod wodą. Nie wiedziałam, czy przypadkiem gdzieś nie skręciłam. Wycofałam się i rozbiłam się na kawałku płaskiego terenu w miejscu, gdzie zarośla były nieco rzadsze.

Dzień 4. – ok 20 km.
Rano obudziło mnie bieganie obok namiotu. Postanowiła się stąd zbierać. Śniadanie i poranną chciałam odbyć nieco dalej nad rzeką. Rozłożyłam się na trawie, zjadłam owsiankę i zaczęłam myć zęby. Gdy się odwróciłam, okazało się, że plecak jest częściowo zanurzony w wodzie! Na moich oczach rzeka wzbierała i wkrótce zalała ścieżkę. Najprawdopodobniej przypływ w zatoce cofał wodę w głąb lądu. Co za idiota rekomendował to miejsce pod namiot na Facebooku!
Mogłam się cofnąć ale ja szłam dalej zalaną ścieżką. Woda sięgała mi do kolan. Rzeka utworzyła rozległe rozlewisko. Asekurowałam się kijkami. Świeciło słońce, było ciepło, a w oddali pies bawił się w wodzie.
Przed laty Portree wydawało mi się szare, ponure i puste. Teraz było zalane słońcem i kolorowe. Zrobiłam zakupy w supermarkecie i zjadłam lunch w parku: sok owocowy, winogrona, banany, obrane inne owoce i parę jogurtów.
Wychodząc z miasteczka natknęłam się na dwóch Holendrów w szkockich kiltach. Szybko mnie wyprzedzili. Na początku trasy szli jeszcze z trzecim kolegą, ale musieli go zostawić po drodze. Podobno przez to, że miał za ciężki plecak, ale myślę, że mało kto by im dotrzymał kroku nawet bez obciążenia. Dogoniłam ich potem na szczycie wzgórza, gdzie bawili się dronem. Na moich oczach niemal go rozstrzaskali! Wkrótce poszli dalej, a ja wysuszyłam w końcu buty i skarpetki.
Szlak prowadził klifem tworzonym przez szereg wzgórz, z których najwyższe miało 392 metry. Natura stworzyła niesamowity kontrast: soczysta zieleń odcinała się od ciemnego morza i nieba. Wkrótce znowu zaczęło padać. Minęłam namiot Holendrów, ale ja jednak chciałam iść dalej mimo deszczu.
Doszłam do Old Man of Storr – kompleksu niesamowitych skalnych formacji, które wyłaniały się po kolei z chmur. Na parkingu skorzystałam z toalety i uzupełniłam wodę. Poczułam niesamowitą wolność – mogłam się rozbić z namiotem gdzie chcę. Niebo zrobiło się znowu bezchmurne gdy wchodziłam pod górę. Obeszłam ją, aby uniknąć wzroku obecnych jeszcze turystów. Rozbiłam się w niewielkim zagłębieniu, które dawało mi ochronę przed wiatrem. Daleko na horyzoncie majaczyły kolejne wyspy. Za mną, na grani szczytu Storr dostrzegłam innych ludzi z plecakami. Pomachałam im, ale chyba mnie nie zauważyli. Poszli dalej.

Dzień 5. – ok. 24 km
Chciałam wstać wcześnie rano aby przejść Trotternish Ridge, serię grzbietów, która ciągnęła się przez jakieś 20 km i która uznawana była za najtrudniejszy odcinek szlaku. Rano jednak lało, odwróciłam się więc na drugi bok i spałam dalej. Nie chciałam znowu wędrować w deszczu i rozważałam powrót do Portree. Wystarczyło jednak, aby na chwilę się przejaśniło, a ja podjęłam błyskawiczną decyzję, w 10 minut ubrałam się, spakowałam i znowu znalazłam się na szlaku.
Dość szybko pożałowałam, że nie zdecydowałam się ominąć szczytu góry Storr. Wiał bardzo silny wiatr, znowu zaczął padać deszcz i wszystko spowiła mgła. Niełatwo było znaleźć ścieżkę w górę, bo zbocze było wydeptane, pokryte luźnymi kamieniami i bardzo strome. Musiałam zrobić sobie przerwę na opanowanie napadu lęku. Z dołu nadszedł nastoletni chłopak, minął mnie na luzie, w cienkiej kurtce i śnieżnobiałych butach. Nie będę przecież gorsza.
To, że w tej mgle dotarłam na szczyt zawdzięczam tylko i wyłącznie dokładnemu GPSowi w telefonie. Żeby wejść na Storr w pewnym momencie trzeba przejść przez skalną grań na jej drugą stronę. Ścieżka w tym miejscu była wąziutka i jedyne co sugerowało, że to właściwa droga, to niewielki kopczyk z kamieni na jej końcu. Szczyt był płaski, kończył się nagle przepaścią, z której można by obserwować formację The Old Man of Storr z góry, gdyby nie gęsta mgła.
Szłam dalej granią we mgle, deszczu i wietrze. Po prawej stronie miałam przepaść, a po lewej łagodnie opadające zbocze. Gdy w pewnym momencie zbłądziłam, musiała trawersem wrócić na górę. Trasa była żmudna, prowadziła to w górę to w dół kolejnymi grzbietami. Mgła nadal była gęsta, a ja zaczęłam słyszeć głosy. Nikogo nie widziałam, ani przede mną, ani za mną. Powtórzyło się to parę razy, aż zaczęłam wątpić we własne zdrowie psychiczne. W końcu doścignęli mnie – Holendrzy, dalej w szkockich kiltach. Chwilę szliśmy razem.
Spotykałam od czasu do czasu innych wędrowców idących z naprzeciwka i porozmawiałam chwilę z parą mężczyzn z Ukrainy. Mieli porządne buty za kostkę, grube płaszcze przeciwdeszczowe i wysokie stuptuty a mimo to wiedziałam, że są tak samo mokrzy jak ja. Planowali zejście ze szlaku, mieli dość.
W krótkich chwilach przejaśnienia czekał mnie niesamowity widok na krawędź Trotternish. Czerwony namiot Holendrów majaczył z daleka. Gdy do nich doszłam, jeden z nich poskarżył się, że pękł mu materac, i to spektakularnie - rozdarcie miało wymiary 20 na 20 centymetrów. Planował spać na warstwie ubrań.
Gdy nie padało ani nie wiało to cięły meszki. Doszłam do parkingu przed kolejną formacją skalną – Quiraring. Budka z fastfoodem już się zamknęła, a mi skończyła się woda. Obok płynął bardzo brudny potok, ale na mapie zaznaczone były następne strumienie i liczne wodospady. Masyw Quiraring był niemal tak samo malowniczy jak The Man of Storr. Zaczęło się ściemniać, a wszystkie potoki i wodospady okazały się wyschnięte!
Szłam dalej wzdłuż masywu, ominęłam zarośnięty, cuchnący staw – aż tak zdesperowana nie byłam - i w końcu, po niemal godzinie, doszłam do jeziorka Hasci. Rozbiłam się na brzegu obok namiotu zamieszkanego przez Czechów i weszłam do jeziora. Woda mimo przefiltrowania miała lekko gorzkawy smak.

Dzień 6 – ostatni, ok 14 km
Zostało mi ostatnie 14 km, więc wylegiwałam się w namiocie tak długo, aż Holendrzy mnie dogonili. Nastraszyli mnie wodą z jeziora. Od napotkanego przewodnika dowiedzieli się, że zawiera duże ilości tanin, które mogą działać hepatotoksycznie. Dla pewności postanowiłam pić minimum aż do znalezienia lepszego źródła. Pożegnałam się z nimi, bo wiedziałam, że już ich nie spotkam – nie dam rady ich dogonić, a dzisiaj wieczorem opuszczali wyspę Skye. Ja planowałam jeszcze nocleg w Potree. Właśnie zarezerwowałam ostatnie łóżko w hostelu.
Końcowy odcinek był jednocześnie tym najnudniejszym. Prowadził wzdłuż wybrzeża, ale brakowało malowniczych klifów i gór, za to teren był podmokły a wkoło latały meszki. Spotkałam dużo osób zaczynających swoją przygodę. Jedna kobieta miała mi za złe, że mam taki lekki ekwipunek i buty. Mimo to, nie czułam się już nie na miejscu. Właśnie kończyłam przejście szlaku, podczas gdy część spotkanych osób zrezygnowała.
Na niewielkim cmentarzu para dziewczyn suszyła swój ekwipunek. Były doświadczone w chodzeniu, ale w Portree musiały zrobić nieplanowany odpoczynek – rozbiły się tuż przy rzece w miejscu w którym i ja planowałam. Gdy wróciły z miasteczka, ich namioty z rzeczami w środku zostały zalane przez wodę. Po skończeniu szlaku wybierały się na odpoczynek do Edynburga.
Niedaleko końca szlaku znajdowała się chatka The Lookout. Mała, brudna i cuchnąca w środku gościła dwóch nie całkiem trzeźwych mężczyzn. Mimo to zostałam w środku aby zjeść – na zewnątrz bardzo cięły meszki. Został mi ostatni, płaski kawałek ścieżki wśród wrzosów, która kończyła się przy czerwonej budce telefonicznej, gdzie zatrzymywał się autobus do Portree.
W hostelu w Portree wzięłam bardzo długi prysznic, wyprałam i wysuszyłam swoje rzeczy na powrót. Nie miałam już siły ani chęci aby gdzieś jeszcze iść. Cały następny dzień wracałam autobusem do Glasgow. Następnego ranka miałam samolot powrotny do Wrocławia, a potem czekał mnie jeszcze pociąg do Torunia, do domu. To był długi powrót.
