Minimalizm w podróży

Kiedy podróżuję, staram się mieć ze sobą minimalny bagaż. Tylko to, co naprawdę będzie niezbędne, chociaż zwykle się okazuje, że parę rzeczy wzięłam jednak niepotrzebnie. Niektórzy przyglądają się temu z niedowierzaniem, ale mi naprawdę dobrze w takim wariancie. Na jednym ze zdjęć zobaczycie moje plecaki, które wzięłam właśnie do Chorwacji, a w nich zmieściłam m. in. karimatę, śpiwór, buty na zmianę oraz sukienki, tak aby przez część wycieczki chodzić po górach, a przez drugą część zmienić się w cywilizowaną istotę.

Moje odchudzanie plecaka zaczęło się kilkanaście lat temu, kiedy po raz pierwszy wybrałam się z AR w Bieszczady, z ambitnym planem chodzenia z plecakiem i spaniem w schroniskach górskich. Miałyśmy chyba 19 lat, była to nasza pierwsza taka wycieczka i nikt nam nie doradził jak się mądrze spakować. Można się domyślić, że waga naszych plecaków skutecznie uniemożliwiła nam wędrówkę po górach. Pozostało nam więc założyć bazę w Ustrzykach Górnych i stamtąd zwiedzać Bieszczady.

Pierwszego dnia spotkałyśmy chłopaka, którego widok mną wstrząsnął: z jednej strony dźwigał gitarę, a z drugiej wszystkie swoje rzeczy zmieścił w tornistrze, z którego zwisał ręcznik i klasycznie - kubek. Wtedy myślałam, że to wariat, chce przejść góry z takim plecaczkiem, ale teraz doskonale go rozumiem.

Nie ma nic moralnie wyższego w tym, że weźmie się minimalną ilość rzeczy, ma to jednak dla mnie szereg zalet:
-Mniejsze obciążenie fizyczne, zwłaszcza gdy się chodzi po górach. Dzięki temu mniej bolą kolana, kręgosłup i można przejść większy dystans.
-Mniejsze obciążenie psychiczne. Łatwiej się pilnuje niewielkiego bagażu 🙂 mogę się też szybciej i sprawniej spakować.
-Oszczędność finansowa, bo często spakuję się w podręczny 🙂 łatwiej poruszać się też transportem publicznym z niewielkim bagażem zamiast wydawać na taksówki.
-Odczuwam większą niezależność. Jestem bardziej mobilna, nie muszę prosić nikogo o pomoc, a równocześnie mam wszystko, czego potrzebuję.

Posiadanie minimalnej ilości rzeczy wiąże się też z dyskomfortem. Często muszę codziennie prać bieliznę, a raz na jakiś czas resztę ubrań. Nie mam zapasowych rzeczy podczas wędrówek, więc czasami muszę założyć na siebie mokre ubranie. Zdarza się, że konieczne jest dokupienie czegoś na miejscu albo pożyczenie od kogoś, chociaż staram się, aby do tego nie dochodziło (wszak w braniu minimalnych ilości rzeczy nie chodzi o bycie ciężarem dla innych). Lekki i dobry sprzęt oraz ubrania z wełny merino są przeważnie dość drogie, ale godzę się na to chcąc zaoszczędzić na wadze.

Podstawową jednak zasadą w kompletowaniu lekkiego bagażu jest niezabieranie niepotrzebnych rzeczy. Niezależnie więc czy potrzebujecie dużo ubrań, czy mało, czy nie wyobrażacie sobie wyjazdu bez suszarki czy może dajecie radę bez, najważniejsze to zostawić zbędne rzeczy w domu. A więc lęki, stresy i troski najlepiej pozostawić za sobą, bo one niejednokrotnie bardziej nas przytłaczają, niż nawet największy bagaż.

Apteczka

Wielu znajomym się wydaje, że ponieważ jestem lekarzem to noszę ze sobą rozbudowaną apteczkę. Jest jednak dokładnie odwrotnie: moja apteczka mieści przeważnie tylko parę plastrów, bandaż i jakieś leki przeciwbólowe. Wychodzę bowiem z założenia, że:

Nie oznacza to jednak, że jestem zupełnie beztroska. Sprawdzam w jakim regionie będę się znajdować, adekwatnie do tego szczepię i zaopatruję się w odpowiednie leki. I tak będąc w Maroku wzięłam leki na biegunkę, a w Peru dodatkowo na chorobę wysokościową. Nie wybieraliśmy się w tereny występowania malarii więc taka profilaktyka nie była konieczna, ale gdyby była - także i ona znalazłaby miejsce w moim bagażu.

Informacje na ten temat sprawdzam na stronach z medycyny podróży, ale nie-medykom zalecam konsultację, najlepiej z lekarzem znającym się na temacie. Nie da rady zabezpieczyć się przed wszystkim, ale chodzi o to, aby zminimalizować ryzyko i chronić się przed tym, co jest najbardziej prawdopodobne. Inaczej podejdziemy także do zdrowej, młodej osoby, a inaczej do dziecka lub osoby starszej. W niektórych okolicznościach wzięcie leków na zapas ma więc sens. Każdy z nas też inaczej reaguje, więc jak ktoś wie, że ma skłonności do uczuleń lub refluksu, to niech zaopatrzy się w odpowiednie środki. Nie wspominając o lekach, które przyjmuje się przewlekle - te koniecznie należy ze sobą wziąć i nie robić „wakacji od leków”.

Nie chodzi więc o to, żeby kompletnie zignorować temat, ale o to, żeby podejść racjonalnie. Sprawdzić co i gdzie nam zagraża i przygotować się adekwatnie. I tak, w mojej obserwacji, podróżujący pacjenci prawie wcale nie wymagają zabrania antybiotyku na zapas a… środka na oparzenia słoneczne.