Wpływy w ochronie zdrowia
Ostatnio głośno w mediach o patologiach w ochronie zdrowia. Nie chcę się na ten temat szerzej wypowiadać, więc ograniczę się do paru zdań. Ci, co mnie znają, wiedzą jakie mam poglądy na ten temat. Od lat zwracam uwagę na to, że nie zarobki są głównym problemem a warunki w ochronie zdrowia. Sama zrezygnowałam z pracy w szpitalu z racji między innymi na ilość dyżurów, którymi mnie obarczano. Ciągnie mnie do interny, ciągnie mnie do medycyny ratunkowej, ale prawdopodobnie nigdy znowu nie zatrudnię się w szpitalu. Moje zdrowie psychiczne jest cenniejsze.
Temat, który chciałabym teraz poruszyć, jest powoływanie się na wpływy. Mi samej zdarzyło się raz usłyszeć, że "dyrektorowi lepiej nie podpadać bo nie znajdzie pani zatrudnienia w województwie". Wielu moich medycznych znajomych usłyszało podobne wypowiedzi, w różnych miejscach pracy. Był to początek końca mojego zatrudnienia w tamtej placówce.
Obecnie pracuję w miksie: trochę przychodni lekarza rodzinnego na NFZ, trochę hospicjum domowego na NFZ, trochę prywatnej praktyki, gdzie zajmuję się głównie leczeniem otyłości oraz poradnictwem w zakresie medycyny stylu życia. Czuję, że mam balans, ale przede wszystkim wolność: nie boję się, że ktoś mnie zwolni, bo nie będę chciała skakać pod dyktando. Równocześnie nadal spotykam się z powoływaniem się na wpływy. Najczęściej dochodzi do tego w przychodni lekarza rodzinnego, a pracowałam w różnych.
- pani nie wie kim ja jestem
- jestem prawnikiem, więc mi się należy (NIGDY nie usłyszałam takich słów od kogoś kto jest sędzią, prokuratorem czy adwokatem. Od policjantów też mi się nie zdarzyło)
- płacę składki, więc mi się należy
- mój mąż jest prawnikiem, on pani pokaże
- zgłoszę panią do NFZu, mam tam znajomych
- jestem bratem wójta (z opowieści koleżanki, ja miałam wariant ze znajomym prezydenta miasta)
- jestem znajomym proboszcza
- znam profesora xyz/znam pani szefa
Nie zdarza mi się to często, ale odkąd pracuję, trochę się zebrało. Zwykle wypowiadały to osoby rozgoryczone i bezsilne, więc ostatecznie udawało nam się dojść do porozumienia. Niemniej co chciałam pokazać to to, że mówiły to osoby bez realnej władzy nade mną, ale to dlatego, że i ja pracuję teraz w miejscach, nazwijmy to, "przeciętnych". Nie było mi więc trudno zaśmiać się z tego w duchu i przejść do swojej roboty.
Czy tak samo byłoby mi łatwo, gdyby wypowiedział takie zdanie któryś z polityków? Albo mój kierownik specjalizacji, ordynator czy dyrektor placówki w której pracuję? Albo, co gorsza, szef-lekarz i wpływowy polityk w jednym? Teraz mam spokój i elastyczność, utrata jednego miejsca pracy nie spowoduje, że nie będę miała za co żyć, ale to jest teraz. Wtedy, będąc świeżo po studiach, rozpoczynając specjalizację w szpitalu, faktycznie wierzyłam, że dyrektor może wszystko.